Ósme urodziny Kolportera.
Na przypadające w tym roku swoje ósme urodziny Kolporter zaprosił przedstawicieli wielu wydawnictw, z którymi na co dzień współpracuje. W odróżnieniu od poprzednich jubileuszy, które zwykle miały postać uroczystych balów, tegoroczne spotkanie miało niekonwencjonalną formułę i odbywało się w oryginalnym otoczeniu. Stu pięćdziesięciu wydawców miało okazję wymienić poglądy i spostrzeżenia w Królestwie Galindii* - Mazurskim Edenie - ośrodku rekreacyjnym położonym nad jeziorem Bełdany. Pogoda była znakomita, tak więc wszystkie punkty zaplanowanego precyzyjnie scenariusza zostały zrealizowane. Rozpoczęto biesiadowaniem obiadnym i toastem na cześć wydawców, którzy zasiedli pod gołym niebem za suto zastawionymi, drewnianymi ławami. Serwowano zupy ogórkową i grochową, drób, sandacza , sałatki warzywne, ryż, ziemniaki, oraz znakomite ciasta. Po krótkim odpoczynku przyszedł czas na prezentację osiągnięć firmy Kolporter, Panowie Grzegorz Fibakiewicz, dyrektor pionu handlowego firmy i Mateusz Wiśniewski, kierownik działu analiz Kolportera przedstawił zgromadzonym sukces firmy, zademonstrowali system dystrybucji oraz przybliżyli gościom algorytm nadziału prasy wykorzystywany w Kolporterze. Spotkanie odbywające się w stylizowanej jaskini stało się początkiem dyskusji na tematy kolportażowe, okazją do wymiany doświadczeń, uwag i refleksji. Dyskusje rozpoczęte w jaskini przeniosły się na statek, którym kierownictwo Kolportera wraz z gośćmi popłynęli podziwiać piękno mazurskich jezior. Tutaj prezes Klicki odpowiadał na kierowane pod jego adresem pytania. Po zacumowaniu statku uczestnicy rejsu zostali otoczeni i wplątani w sieci zastawione na nich przez króla Galindów, Izegusa I (prywatnie pan Cezary Kubacki - właściciel środka) wraz z odzianą w skóry i uzbrojoną w maczugi świtą. Zanim uczestników zabawy pasowano na Galindów odbyła się krótka wayda (wiec), w czasie której wybrano wodza. Na to zaszczytne miano zasłużył - po próbie wytrzymałości - Wiesław Tkaczuk, szef marketingu Kolportera, który zmuszony został do niesienia kilkumetrowej długości drewnianego pnia i przejścia przez próbę ognia. Również osoba prezesa Klickiego nie uszła uwadze wodza Izegusa. Ubrany w obowiązkowe skóry, uzbrojony w dzidę prezes musiał stanąć na czele swojego ludu i poprowadzić go w radosnym tańcu wokół ogniska... Uroczysta celebra zakończyła się pasowaniem wszystkich uczestników zabawy na Galindów, odzianiem ich w zgrzebne tuniki, wręczeniem maczug, dzid i innych galindyjskich "akcesoriów". Rozbawieni goście, teraz już jako pełnoprawni Galindowie, mogli pofolgować podniebieniom smakując pieczonego dzika, jagnięcia i innego mięsiwa, próbując rozmaitych trunków, wśród których królowało schłodzone beczkowe piwo. Nie zabrakło muzyki prezentującej folklor różnych nacji - irlandzkiej, szkockiej, szwedzkiej i naszych rodzimych mazurskich szant. Zabawa pod gołym niebem trwała do słonecznego poranka... Choć nieskromnie jest mówić o wrażeniach z cudownie udanej imprezy, której jest się organizatorem, zdecydowaliśmy się jednak przytoczyć opinie wydawców, jakie udało nam się podsłuchać w czasie trwania zabawy i tuż po jej zakończeniu. - Dotąd uczestniczyłem wyłącznie w balach organizowanych przez dystrybutorów prasy. Wszystkie one są do siebie podobne i po pewnym czasie człowiek nie pamięta dokładnie, kto organizował dany bal ani z jakiej okazji był wydany - mówił szef dystrybucji jednego z warszawskich wydawnictw. - To co zaproponował nam Kolporter zostanie w pamięci na długo. Dawno nie uczestniczyłem w tak ciekawym połączeniu prezentacji merytorycznej z doskonałym wypoczynkiem - powiedział szef marketingu współpracującego z Kolporterem londyńskiego wydawnictwa. - Mamy nadzieję, że kolejne urodziny odbywać się będą w równie ciekawych miejscach, i że znów zostaniemy na nie zaproszeni - mówili zgodnie goście opuszczający Galindię.
|